Thunderstorm

Magiczne wrota wyobraźni zostały otwarte... Wszelkie chwyty dozwolone - gustujesz w fandomie czy może jednak wolisz coś lekko odbiegającego od ogólnie przyjętych standardów magicznego świata? To miejsce ma jedną granicę - granicę Twojej wyobraźni... i ortografii...
Syriusz
Dyrektor Hogwartu
Dyrektor Hogwartu
Posty: 1282
Rejestracja: 24 maja 2006, 14:12

Thunderstorm

Postautor: Syriusz » 11 sty 2011, 20:36

'Z góry ostrzegam: Czyta się kiepsko. Oryginał ma wcięcia, forum na nie nie pozwala.Ale mimo wszystko mam nadzieję, że się wam spodoba. Enjoy![u:c7bd79348a][center:c7bd79348a][size=18:c7bd79348a]ROZDZIAŁ PIERWSZY[/size:c7bd79348a][/center:c7bd79348a][/u:c7bd79348a][center:c7bd79348a][i:c7bd79348a]W którym dowiadujemy się, że każda historia ma swój początek.[/i:c7bd79348a][/center:c7bd79348a] Anglia. Rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty siódmy. Z pozoru od roku poprzedniego różniła go tylko cyferka siedem na końcu. Lato, jak dwanaście miesięcy wcześniej. Planeta Ziemia nawet nie odczuła upływu tych dni. W końcu liczyła ich sobie już wiele. I miała jeszcze wiele trwać. Ale nie o naszej planecie jest ta historia. Skupmy się więc znów na dacie, znajdującej się na kalendarzu w pewnym salonie. Dwunasty sierpnia. Za oknem prażyło słońce. Przez uchylone okno do pokoju wpadał chłodny podmuch wiatru, wydymając firanki. Wszystko jakby zatrzymało się, przystanęło i odpoczęło. Nawet pszczoły na pobliskiej łące zdawały się latać jakoś wolniej. Można rzec: idylla. Salon był urządzony przytulnie i dość staromodnie. Kominek, drewniane meble, brak telewizora… Zaraz, zaraz, brak czego? Dokładnie. W pokoju stało radio, liczące już swoje lata, ale telewizora nie było. Jak wiec nudę zabijali mieszkańcy domu, którego częścią był ów salon? Na dywanie, znajdującym się na środku pokoju leżał na boku, podpierając głowę łokciem, chłopak o niezwykle bladej cerze, długich, opadających lokami czarnych włosach i oczach o podobnym kolorycie. To była głęboka, aksamitna czerń, przypominająca mrok, panujący w bezgwiezdną noc. Chłopak potrząsnął głową, co nie pomogło wiele na loki opadające mu na twarz, spojrzał bystrym okiem na karty, trzymane w drugiej ręce i powiedział: - Pas. W pokoju rozległ się głos o głębokim, wręcz hipnotyzującym tonie. Siedząca po turecku, naprzeciw chłopaka, dziewczyna skrzywiła się i spojrzała na niego oskarżycielskim wzrokiem. - Xi, który to już raz? – zapytała. Budową twarzy przypominała chłopaka, ale było też kilka różnic. Miała mniejszy, prostszy nos i znacznie drobniejszą brodę. Oczy miały kolor brązowy, a włosy były proste, zabarwieniem przypominające świeżo ścięte zboże. - Na pewno któryś – powiedział chłopak po chwili zastanowienia – I przestań mówić do mnie Xi. Rzucił karty na dywan. Dziewczyna szybko na nie spojrzała i zadygotała ze złości. Wskazała je palcem, po czym obok położyła swoje. - Nie miałam nic, a ty miałeś parę! – wrzasnęła – Aż tak dobrze nie blefuję, po prostu nie chcesz grać! Z jej słów i ilości kart można było wywnioskować, że grają w pokera. I faktycznie, chłopak by wygrał. Miał parę dziesiątek. Westchnął i położył się na plecach, wkładając dłonie pod głowę i patrząc w sufit. - To już twoja interpretacja - powiedział spokojnie. - Wcale że nie – oświadczyła z irytacją w głosie – To niesprawiedliwe! W pokera nie chcesz grać, w żadne inne karciane gry też nie, nawet w Eksplodującego Durnia! - To tylko twoja interpretacja. - To jak inaczej wytłumaczyć twoją przesadną ostrożność? - Tym, że nie lubię ryzykować. - Na brodę Merlina! Ale nie aż TAK! - Po co podejmować zbędne ryzyko? - Chociażby dla ZABAWY! - Wiesz, czasem powątpiewam, czy naprawdę masz siedemnaście lat – mruknął, nadal spokojny chłopak, choć widać było po nim, że kosztowało go to coraz więcej. - A ja powątpiewam, czy jesteś moim bratem bliźniakiem! Jesteś ZA spokojny, ZBYT ostrożny, ZBYT odpowiedzialny… - A mówią, że to mężczyźni dorastają później, a tu widać jak na dłoni odwrotną sytuację… - Bo mam SIEDEMNAŚCIE lat, nie SIEDEMDZIESIĄT! Cieszę się życiem, póki jestem młoda! Chłopak właśnie otwierał usta, aby odpowiedzieć, kiedy drzwi otworzyły się i do środka weszła kolejna osoba. - Xavier, Yvone, rodzice proszą, żebyście się przestali kłócić – powiedział, na oko, piętnastolatek. Musiał zastać ciekawy widok. Cała czerwona i dygocząca ze złości Yvone i leżący na plecach, patrzący spokojnie w sufit Xavier. - My się nie kłócimy, Kai… - powiedzieli jednocześnie – Wymieniamy poglądy… Po chwili zrozumieli, że powiedzieli to jednocześnie. Wybuchli śmiechem. Doskonale się rozumieli, nawet mimo częstych kłótni. W końcu byli bliźniakami. Dwujajowym, bo dwujajowymi, ale bliźniakami. - Ja się czasem zastanawiam, czy wy jesteście normalni – mruknął Kai, wychodząc. - Mając takie imiona, to raczej nie – zawyrokował Xavier. Znowu zaczęli się śmiać. Było ich słychać w całym domu. Radosnych i szczęśliwych. I takich ich na razie zapamiętajmy. Bo wszystko miało się zmienić. Wraz z upływem dni, zbliżał się pierwszy września, kiedy to mieli wrócić do szkoły. Do Hogwartu. I mimo, ze była to renomowana i bardzo znana placówka, to gdyby zapytać pierwszego lepszego przechodnia na londyńskiej ulicy o tę nazwę, nie wiedziałby kompletnie nic. Więcej wiedziałby na temat wpływu waleni na podnoszenie się wód morskich. Jeśli taki wpływ w ogóle istnieje. Można więc zapytać: Czemu nic by nie wiedział? Nie dlatego, że pytający miał pecha. Wręcz przeciwnie. Musiałby mieć wielkie szczęście, by ktoś znał tę nazwę. A dlaczego? Przecież to była znana szkoła. Więc? Wszystko z tego powodu, że była to szkoła magii. Dokładnie, magii. A Xavier, Yvone i Kai byli czarodziejami, podobnie jak ich rodzice. A jeśli już o rodzeństwie mowa… W salonie minęło już trochę czasu. Nawet więcej niż trochę. Mimo że za oknem dalej panowała słoneczna pogoda, to cały dom był pełen harmidru i ruchu. Po schodach zbiegała właśnie Yvone. - Nie widziałeś mojego podręcznika do Transmutacji, Kai? – zapytała z nadzieją w głosie. - Kurczę, gdzieś był – powiedział – Ale jakoś nie kojarzę, gdzie. Był bardzo podobny do swojego starszego brata. Taka sama blada era, czarne włosy… Oczy miał inne, takie jak siostra. No i nie był tak wysoki jak Xavier, któremu do pełnych dwóch metrów brakowało zaledwie dwóch centymetrów. - Tyle ze gdzieś, to i ja wiem – mruknęła dziewczyna – Xavier! Może ty wiesz!? – wrzasnęła. - Ostatni raz widziałem ją w salonie pod kartami – dobiegł ich głos z góry. Wbiegła do salonu. Faktycznie, leżał sobie na podłodze. Koło kart, jak gdyby nigdy nic. - Dzięki, braciszku! Przynajmniej na ciebie można liczyć! – krzyknęła. Nagle drzwi wiodące do kuchni otworzyły się i wyszła z nich kobieta. Była to matka całej tej wesołej trójeczki. - Możecie być nieco ciszej? – zapytała – Od tych waszych krzyków człowieka głowa może rozboleć… - Przepraszam, mamo – zmitygowała się Yvone, wykapana córeczka mamusi. Cały swój wygląd odziedziczyła właśnie po niej. Penelope, bo tak było właśnie na imię rodzicielce tych trzech boskich skarań, pogroziła palcem po czym uśmiechnęła się i znów zniknęła za drzwiami. Xavier zszedł na dół po schodach. - Nie mów, że znowu eksperymentuje? – zapytał. Z kuchni dobiegł ich pisk i dźwięk wybuchu. - Chyba tak… - westchnęła Yvone. - Ja tego potem nie jem! – zastrzegł się od razu Kai. - A myślisz, że będziesz miał wybór? – zauważył Xavier. - Raczej nie – dodała wyjaśniająco Yvone. Najmłodszy z rodzeństwa machnął ręką i poszedł na górę. A ci najstarsi, niby mający świecić przykładem, mało nie udusili się ze śmiechu. Przeszkodziło im w tym pukanie do frontowych drzwi i dźwięk dzwonka. Yvone natychmiast ruszyła sprawdzić, któż to taki. Ledwie otworzyła drzwi, od razu radośnie powiedziała: - Lilka! - Yvy! – przywitała się nieznajoma. Przynajmniej dla nas. Reszta doskonale ją znała. To była ich sąsiadka i najlepsza przyjaciółka. Zgrabna, średniego wzrostu, o długich, sięgających do ramion, płomienno-rudych włosach. - Hej Xi! – przywitała się, spoglądając na niego wesoło swoimi niebieskimi oczami. Xavier zgrzytnął zębami, ale nie sprzeciwił się nazywaniu go tym przezwiskiem. - Hej! – przywitał ją – Ty po to? – zapytał, wyciągając zza pazuchy pergamin. - To nie fair! – obruszyła się – Nawet nie powiedziałam, o co mi chodzi, a ty już mnie wyganiasz! - Wcale cię nie wyganiam! – powiedział szybko – Po prostu… Ten… - Po prostu chrzani mu się od rzeczy, prawda, braciszku? – powiedziała, uśmiechając się do niego złośliwie Yvone. Pokazał jej język. Zachichotała. - Widzisz, co ja z nim mam? – westchnęła teatralnie. - A co my mamy z tobą, to już się nie liczy? – mruknął z półpiętra Kai – Cześć, Lil! Słyszałem, że ktoś przyszedł. Gdy wszyscy już się powitali, pośmiali z Xavier, który jakoś nagle stracił swą ciętą ripostę, drzwi kuchni znów się otworzyły. Wyszła z nich Penelope, cała szara od mąki i, nie wiedzieć czemu, sadzy. Włosy miała w totalnym nieładzie. - Wyszło! – powiedziała z dumą – O, witaj Lily, jak dobrze że jesteś! Zjesz trochę mojego nowego ciasta! Na samo słowo „ciasto”, dziewczyna zbladła. A było to prawie niemożliwe, bo kolor skóry miała podobny do Xaviera. - Dzień dobry, pani Thunderstorm – powiedział – Ale nie chcę robić kłopotu, naprawdę! Penelope uśmiechnęła się ciepło i powiedziała: - Ależ to żaden kłopot, naprawdę! Wejdź do salonu, zaraz przyniosę ci kawałek! Wy chyba też zjecie, prawda? Pokiwali szybko głowami. - Ci dwaj nawet dwa kawałki – powiedział Xavier, wskazując na brata i siostrę. - Dobrze! Poczekajcie chwilunię! – powiedziała, klaskając w dłonie, co wznieciło niezłą chmurę pyłu. Jakby tego nie zauważając, obróciła się i powędrowała do kuchni, podśpiewując wesoło piosenkę „Zakochana czarownica”. - Będziesz cierpieć, Xavier, zobaczysz – syknęła Yvone, wbijając mu palec wskazujący w klatkę piersiową. Zachichotał. - Zemsta jest słodka – powiedział, szczerząc zęby – Nawet ta chwilowa. Weszli do salonu i rozsiedli się przy stole. W trójkę udało im się wcisnąć na kanapę, a biedny, odrzucony Kai wylądował na fotelu. Nie wydawał się z tego powodu zadowolony, w przeciwieństwie od Xaviera. Bo chociaż po jego lewicy siedziała snująca plany zemsty siostra, to po lewicy siedziała Lilka. I nawet Magiczny Eksperyment Kuchenny, jak to między sobą żartobliwie nazywali, nie mógł zepsuć mu humoru. A skoro już o MEK-u mowa… Do salonu nadciągnęła ich matka, niosąca podejrzanie wyglądające ciasto, o niezidentyfikowanym składzie i gęstości. Wiadomo było tylko, że było czarne. Każdy dostał po kawałku, ale na stole było jeszcze kilka dodatkowych. „Nieznane zaklęcie takim pozostanie, dopóki nikt go nie rzuci” – pomyślał Xavier, poświęcając się dla dobra reszty i biorąc kęs ciasta. O dziwo, było nawet dobre. Konkretnego smaku nie dało się zidentyfikować, ale przynajmniej wyjaśniło się, czemu miało taki kolor. Wierzchnia warstwa była całkiem zwęglona. Ale środek był produktem zjadliwym. - Świetne, mamo! – powiedział, uśmiechając się. Ta cała się rozpromieniła. - To ja wam już nie przeszkadzam, muszę jakoś, hmm, uratować kuchenkę – powiedziała i wyszła. - Środek jest nawet dobry – powiedział Xavier, machając różdżką i pozbywając się zwęglonej warstwy. Wtedy stało się naprawdę dobre. - Ej, faktycznie! – powiedziała totalnie zaskoczona Yvone – To jest PRZEPYSZNE! - Po raz pierwszy się chyba udało – dodał Kai. - Ano… - zakończyła krótko Lily. Jak zwykle podczas jedzenia MEK-a, toczyła się bitwa. Tym razem jednak nie o to, żeby wepchnąć soją porcje komuś innemu, tylko o to, żeby zagarnąć jak najwięcej dla siebie. - Ej, to był MÓJ kawałek! – wściekł się Kai – Oddawaj! - No właśnie, był – powiedziała z pełnymi ustami Yvone, co wykorzystał Xavier, podkradając jej kawałek, którego wcześniej broniła jak lwica. - Bezczelny złodziej! – obruszyła się – Oddawaj, albo… - Albo co? - Coś wymyślę! Z kolei jego chwilę nieuwagi wykorzystała Lilka, zręcznie podkradając ciasto. Xavier miał je właśnie z dumną miną zjeść, ale pod palcami nic nie wyczuł. Rzucił okiem na talerz i powiedział: - No nie wierzę! Ty przeciwko mnie? Lily wzruszyła ramionami, na co Kai i Yvone wybuchnęli śmiechem. - Nie za dobrze wam? – powiedział oskarżycielskim tonem Xavier. Pokręcili przecząco głowami. Naprawdę, wygląda na to, ze to idylla. Można zapomnieć, co dzieje się na zewnątrz. A na zewnątrz dobrze się nie dzieje. Powrócił najstraszliwszy czarodziej wszechczasów, Voldemort. Przestał się ukrywać. Morderstwa stały się rzeczą powszechną. Codziennie ktoś ginął. Codziennie coś się działo. I wkrótce fatalna siła miała dotknąć i ten dom. - Co to było? – zapytał Xavier, słysząc odgłosy aportacji. Do salonu wpadł ich ojciec, zdyszany, a za nim ktoś, kogo łatwo było rozpoznać. Wysoki murzyn, och, przepraszam, afroamerykanin. Kingsley Shacklebolt. Oboje mieli bardzo podenerwowane miny. - Co się stało? – zapytał Xavier, podrywając się z kanapy. - Ministerstwo padło – powiedział trzęsącym się głosem ojciec. - John, jesteś już w domu? – do salonu weszła Penelope. Gdy zobaczyła też Kingsleya, zbladła. - Co się stało? – zapytała. - Ministerstwo padło – powtórzył John – Wszyscy moi współpracownicy nie żyją. Przedarli się przez zaklęcia ochronne. Mało mnie nie zabili, ale pojawił się Kingsley. - Przedarli się przez TWOJE zaklęcia obronne? – zapytał z niedowierzaniem Kai. - Tackle zdradził – wyjaśnił. - Tom? – zapytała zaskoczona Penelope – Nie wierzę… - A jednak… - To nie czas na pogawędki – powiedział Kingsley – Trzeba stąd uciekać. - Prawda – przyznał John – Dzieciaki, weźcie to co najpotrzebniejsze i uciekamy. - A ja? – zapytała cicho Lily – Mam iść do domu? John i Kingsley spojrzeli na siebie. Xavier dojrzał w oczach ojca strach przed udzieleniem dziewczynie odpowiedzi. Po chwili Shacklebolt kiwnął głową. - Lily… - zaczął – Twoi rodzice… Zbladła. - Czy oni… Nie żyją? – zapytała cichutko. - Niestety… Po policzkach pociekły jej łzy. Ukryła twarz w dłoniach. Xavier podszedł do niej i otoczył ramieniem. Wtuliła się w niego i zaczęła szlochać. Reszta stała w milczeniu, nie wiedząc, co zrobić ze wzrokiem. Rodziny Thunderstormów i Cravenów były zaprzyjaźnione ze sobą od wielu lat, ba, wręcz aż pokoleń. - Nie chciałbym przerywać – powiedział swoim głębokim tonem Kingsley – Ale to nie jest odpowiedni czas. W każdej chwili mogą tu być. Wszyscy się rozbiegli. Xavier siłą pociągnął za sobą Lilkę, bo była gotowa stać w salonie i płakać. Wbiegli po schodach na górę. Weszli do pokoju czarnowłosego. Panował tam… Swojego rodzaju artystyczny nieład. Ale nie czas na to. Xavier chwycił swoja różdżkę i machnął w kierunku kufra, który zaczął się gwałtownie pomniejszać. Wepchnął go do kieszeni dżinsów, które miał na sobie i pobiegł do pokoju siostry. - Zmniejsz kufer! – krzyknął w drzwiach. - Dzięki! – powiedziała siostra – Nie wpadłam na to! To samo powtórzył u brata. Zbiegli na dół. - Gotowi? – zapytała Penelope. W tym krótkim czasie zdołała się ogarnąć i przestała przypominać szalona kucharkę. Teraz szczerzyła zęby w krwiożerczym uśmiechu. - A co ze mną? – zapytała nagle Lily. - Pójdziesz z nami – zadecydował John – Jesteś dla nas prawie jak córka. - Ale moje rzeczy… - Nie czas na to – przerwał jej Kingsley – Masz różdżkę i tylko to się liczy. Z góry zbiegła Yvone. - Gdzie Kai? – zapytała Penelope. - Był zaraz za mną, mamo. Faktycznie, właśnie zbiegał ze schodów. I w tym samym momencie, u ich podnóża pojawiło się troje śmierciożerców. - KAI! – wrzasnął Xavier – UWAŻAJ! Ale było za późno. - Avada Kedavra! – powietrze przeszyły słowa zaklęcia, niczym smagniecie biczem i w kierunku chłopaka pomknęło zielone światło. Nawet nie zdążył się uchylić. Dostał prosto w pierś. - NIEEEEE! – wrzasnęła Yvone. - Kingsley, zabierz ich stąd, sam-wiesz-gdzie! – ryknął ojciec, wyciągając różdżkę – My ich powstrzymamy! - O tak, dowiedzą się, co to znaczy zadrzeć z panią domu! – wrzasnęła Penelope, machając różdżką. Fragment schodów za plecami jednego śmierciożercy eksplodował z głośnym hukiem. Xavier poczuł, że oba jego ramiona ktoś ściska. Do prawego przyczepiła się Lily, trzymając kurczowo, drugie przytrzymał Kingsley. „Teleportacja łączna!” – pomyślał, gdy nagle został zmuszony by się obrócić i poczuł jak jego ciało zostaje przeciągnięte przez wąską rurkę, a płuca wypełnia pustka. Dom zniknął mu z oczu.'

skmisia
Mistrz Mistrzów
Mistrz Mistrzów
Posty: 4734
Rejestracja: 19 sty 2010, 16:15

Postautor: skmisia » 11 sty 2011, 20:40

To jest po prostu rewelacyjne. Nie wiem, czy są tam jakieś błędy... nawet nie mam zamiaru ich szukać, bo się do tego nie nadaję.Czyta się szybko i na prawdę wciąga! Uwielbiam ciasta Penelope no i masz moje słowo, że zamorduję Cię za śmierć Kaia!

Syriusz
Dyrektor Hogwartu
Dyrektor Hogwartu
Posty: 1282
Rejestracja: 24 maja 2006, 14:12

Postautor: Syriusz » 11 sty 2011, 20:45

[quote:d8e9b59c44]To jest po prostu rewelacyjne. Nie wiem, czy są tam jakieś błędy... nawet nie mam zamiaru ich szukać, bo się do tego nie nadaję.[/quote:d8e9b59c44]Mogą być, tekstu nikt zbytnio nie sprawdzał, prócz pobieżnego spoglądnięcia Villemo <kłania się>[quote:d8e9b59c44]Czyta się szybko i na prawdę wciąga! Uwielbiam ciasta Penelope no i masz moje słowo, że zamorduję Cię za śmierć Kaia![/quote:d8e9b59c44]<no comment>

Popolupo
Mistrz Eliksirów
Mistrz Eliksirów
Posty: 869
Rejestracja: 26 gru 2009, 17:34

Postautor: Popolupo » 11 sty 2011, 20:56

[quote:e44aa83079="Syriusz"]Zgrabna, średniego wzrostu, o długich, sięgających do ramion, płomienno-rudych włosach. [/quote:e44aa83079]:DNo Siri, to jest na prawdę świetne! Wciągnęło mnie, muszę to przyznać. Szkoda tylko, że tak krótko znamy Kaia. Biedny..Z niecierpliwością czekam na kolejną część! Mam nadzieję, że wena Cię będzie męczyć :p I oczywiście nasuwają się pytania: Co z nimi będzie? Co z Lily? Także, czekam!A tak, podsumowując: opowiadanie ocieka zajebistością xD

Syriusz
Dyrektor Hogwartu
Dyrektor Hogwartu
Posty: 1282
Rejestracja: 24 maja 2006, 14:12

Postautor: Syriusz » 11 sty 2011, 21:42

[quote:be6c9f1367="Popolupo"]Szkoda tylko, że tak krótko znamy Kaia. Biedny..[/quote:be6c9f1367]Też mi go szkoda. Nie było mi niestety dane dłużej o nim pisać...[quote:be6c9f1367="Popolupo"]Z niecierpliwością czekam na kolejną część! Mam nadzieję, że wena Cię będzie męczyć[/quote:be6c9f1367]Męczy. Drugi rozdział już się tworzy.[quote:be6c9f1367="Popolupo"]I oczywiście nasuwają się pytania: Co z nimi będzie? Co z Lily? [/quote:be6c9f1367]Po części w drugim rozdziale![quote:be6c9f1367]A tak, podsumowując: opowiadanie ocieka zajebistością xD[/quote:be6c9f1367][quote:be6c9f1367="Popolupo"]No Siri, to jest na prawdę świetne![/quote:be6c9f1367]Nie no, bez przesady! :P

skmisia
Mistrz Mistrzów
Mistrz Mistrzów
Posty: 4734
Rejestracja: 19 sty 2010, 16:15

Postautor: skmisia » 12 sty 2011, 15:07

Nienawidzę Cię za to, że wiem. Tylko tyle Ci powiem! Ale uwielbiam Cię, za to cudo! Na prawdę świetne. Przeczytałam to jeszcze raz, bo nie mogłam tego znieść. Musisz szybko zacząć pisać dalej...

Popolupo
Mistrz Eliksirów
Mistrz Eliksirów
Posty: 869
Rejestracja: 26 gru 2009, 17:34

Postautor: Popolupo » 12 sty 2011, 16:28

[quote:f707abda00="Syriusz"]Męczy. Drugi rozdział już się tworzy. [/quote:f707abda00]I bardzo dobrze. Znaczy, powiedzmy, że dobrze :p nie obrażę się jeżeli na chwilę weny nie będziesz miał :p[quote:f707abda00="Syriusz"]Nie no, bez przesady! :P[/quote:f707abda00]Ja nie przesadzam i Ty o tym wiesz. Btw. czekam jeszcze na to drugie opowiadanie! ;)

Syriusz
Dyrektor Hogwartu
Dyrektor Hogwartu
Posty: 1282
Rejestracja: 24 maja 2006, 14:12

Postautor: Syriusz » 12 sty 2011, 18:37

[quote:a4fa8944f0="Popolupo"]nie obrażę się jeżeli na chwilę weny nie będziesz miał [/quote:a4fa8944f0]Może być, ze to nie wena będzie przeszkodą, tylko WYWIADÓWKA xD

Popolupo
Mistrz Eliksirów
Mistrz Eliksirów
Posty: 869
Rejestracja: 26 gru 2009, 17:34

Postautor: Popolupo » 12 sty 2011, 19:28

[quote:1bd79bc1b5="Syriusz"]Może być, ze to nie wena będzie przeszkodą, tylko WYWIADÓWKA xD[/quote:1bd79bc1b5]Aż tak źle? xDDIle Ci jeszcze zostało do napisania?

Syriusz
Dyrektor Hogwartu
Dyrektor Hogwartu
Posty: 1282
Rejestracja: 24 maja 2006, 14:12

Postautor: Syriusz » 12 sty 2011, 19:44

[quote:4373671b86]Aż tak źle? xDD[/quote:4373671b86]No... PIEKŁO to bardzo przyjemne miejsce w porównaniu z tym co się działo...[quote:4373671b86]Ile Ci jeszcze zostało do napisania?[/quote:4373671b86]No, rozdział drugi ma być dłuższy od pierwszego i to znacznie, więc... Sporo.


Wróć do „Fan Fiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości