Thunderstorm

Magiczne wrota wyobraźni zostały otwarte... Wszelkie chwyty dozwolone - gustujesz w fandomie czy może jednak wolisz coś lekko odbiegającego od ogólnie przyjętych standardów magicznego świata? To miejsce ma jedną granicę - granicę Twojej wyobraźni... i ortografii...
Popolupo
Mistrz Eliksirów
Mistrz Eliksirów
Posty: 869
Rejestracja: 26 gru 2009, 17:34

Postautor: Popolupo » 12 sty 2011, 19:47

[quote:c84f7d7bbf="Syriusz"]PIEKŁO to bardzo przyjemne miejsce w porównaniu z tym co się działo...[/quote:c84f7d7bbf]: O Aż tak?! [quote:c84f7d7bbf="Syriusz"]więc... Sporo.[/quote:c84f7d7bbf]Ech.. no w każdym razie czekam. Będzie ciężko, ale cóż :p

Antosia_86
Uzdrowiciel
Uzdrowiciel
Posty: 481
Rejestracja: 19 sty 2008, 18:56

Postautor: Antosia_86 » 13 sty 2011, 17:58

Zauważyłam kilka błędów stylistycznych, ale to tylko "kosmetyka". Dołączam więc do głosów jak najbardziej pochwalnych. Bardzo mi się podoba nazwisko Thunderstorm. Skąd tyś to wziął?:D Musze przyznać, że zmobilizowałeś mnie do skończenia mojego ff ;)

Syriusz
Dyrektor Hogwartu
Dyrektor Hogwartu
Posty: 1282
Rejestracja: 24 maja 2006, 14:12

Postautor: Syriusz » 13 sty 2011, 20:09

[quote:9f157e4012="Antosia_86"]Bardzo mi się podoba nazwisko Thunderstorm. Skąd tyś to wziął?[/quote:9f157e4012]Bardzo prosto. Thunderstorm oznacza po prostu burzę z piorunami, ale o co dokładniej chodzi, to wyjaśni się w dalszych częściach. Nie chcę psuć niespodzianek.[quote:9f157e4012="Antosia_86"]Zauważyłam kilka błędów stylistycznych, ale to tylko "kosmetyka".[/quote:9f157e4012]Znając życie, sa pewnie błędy składniowe i przecinki, to moja zguba. Szczególnie to pierwsze.[quote:9f157e4012]: O Aż tak?![/quote:9f157e4012]aż tak...

Antosia_86
Uzdrowiciel
Uzdrowiciel
Posty: 481
Rejestracja: 19 sty 2008, 18:56

Postautor: Antosia_86 » 13 sty 2011, 20:43

[quote:07d96c1a66="Syriusz"]Znając życie, sa pewnie błędy składniowe i przecinki, to moja zguba. Szczególnie to pierwsze. [/quote:07d96c1a66]A tu Cię doskonale rozumiem, bo moją zgubą są właśnie przecinki:([quote:07d96c1a66]Bardzo prosto. Thunderstorm oznacza po prostu burzę z piorunami, ale o co dokładniej chodzi, to wyjaśni się w dalszych częściach. Nie chcę psuć niespodzianek. [/quote:07d96c1a66]Czyli nazwisko nieprzypadkowe. No proszę, robi się coraz ciekawiej....

Syriusz
Dyrektor Hogwartu
Dyrektor Hogwartu
Posty: 1282
Rejestracja: 24 maja 2006, 14:12

Postautor: Syriusz » 20 sty 2011, 20:47

'[u:47a47defa7][center:47a47defa7][size=18:47a47defa7]ROZDZIAŁ DRUGI[/size:47a47defa7][/center:47a47defa7][/u:47a47defa7][center:47a47defa7][i:47a47defa7]W którym doświadczamy kolejnych tragedii i nic nie zapowiada poprawy sytuacji.[/i:47a47defa7][/center:47a47defa7]Gdy wreszcie poczuł, ze jego ciało opuściło ową rurkę, a w płuca udało mu się nabrać powietrza, zrozumiał, iż są u celu. Rozejrzał się. Na pierwszy rzut oka mógł stwierdzić, że było ciemno. To nie ulegało wątpliwości. Ciemność wypełniała całe pomieszczenie, niczym woda zamknięty pojemnik. Ale po chwili nastała światłość. Zmrużył oczy, zaskoczone nagłą jasnością. To Kingsley zapalił lampę naftową. Znajdowali się w drewnianej chatce. Niewielkiej. Widać było tylko dwa okna, n dwóch przeciwległych ścianach, palenisko z kominem nad nim, dwa łóżka, stół i krzesła, drzwi i skrzynię. Innymi słowy – warunki surowe. Podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Las. Żadnych domów. Nic… - DLACZEGO NAS ZABRAŁEŚ? – wrzasnęła Yvone – Nasi rodzice! Oni tam… - Przygaście lampę, nie wychodźcie, nie róbcie nic głupiego – przerwał jej Kingsley – Wracam im pomóc. Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, zniknął. - Teleportował się… - mruknął Xavier i chwycił krzesło, obracając je oparciem w kierunku dziewczyn i siadając na nim. Oparł brodę o oparcie. Yvone siadła na łóżku, dygocząc ze zdenerwowania. Lily przysiadła się do niej. - Na Merlina… - powiedziała cichutko – Co teraz będzie… Znowu zaczęła płakać, bezgłośnie. Xavier wcale jej się nie dziwił. Straciła rodziców. Jego całego też zżerał strach. Wstał z krzesła i usiadł obok Lilki. Przytulił ją i powiedział cicho do ucha. - Damy sobie radę. Masz nas… Ucichli. Siedzieli tak, sami nie wiedząc jak długo. Lily, szlochająca bezgłośnie, wtulona w Xaviera. Xavier, cały wypełniony strachem, tak mocno, że bolał go aż brzuch. I Yvone. Ze zdenerwowania zaczęła obgryzać paznokcie. W pewnym momencie przestała. Siedzieli bez słowa, bez ruchu. Tik, tak, tik, tak… Staromodny zegar ścienny, który był chyba najbardziej zaawansowanym mechanizmem w całym pomieszczeniu, odmierzał monotonie czas, ciągle tym samym, jednostajnym rytmem. Tik, tak, tik, tak… Sekundy ciągnęły się im niczym minuty, minuty niczym godziny. To było gorsze, niż siedzenie na nudnej lekcji Historii Magii. Tam przynajmniej wiedzieli, kiedy nastąpi koniec. Teraz nie. Tik, tak, tik, tak… Czas płynął… Mijały sekundy… Minuty… „Co tak długo?” – zastanawiał się niespokojnie Xavier – „Czyżby…?” Wolał nie kończyć. Nie chciał nawet rozważać takiej możliwości. Tik, tak, tik, tak… To było już prawie pół godziny, a Kingsley wciąż nie wracał. Ale wciąż nie przerwali ciszy. I tak pozostawało im tylko czekanie. Nic innego zrobić nie mogli… Tik, tak, tik… Po środku pokoju pojawił się Kingsley. Nareszcie. Tylko, czemu sam? Czemu był taki blady? Czyżby… - Co z rodzicami? – poderwała się z łóżka Yvone. Xavier chyba wiedział, co odpowie Shacklebolt. Tego się obawiał. - Niestety… - powiedział Kingsley – Oni nie żyją… Przybyłem za późno. Ale zabili wszystkich. - Co… Jak to? To nie może być prawda! – wrzasnęła siostra Xaviera – To kłamstwo! Sen! To… - rozpłakała się. To było za dużo. Podbiegła do Shacklebolt i zaczęła go walić pięściami w pierś, mówiąc przez łzy: - To wszystko… To wszystko… To… To przez… To przez pana! Gdybyśmy zostali… Żyliby! Nie powstrzymywał jej. Po chwili osunęła się na kolana i skuliła, łkając cicho. Xavier też był zrozpaczony. I zagubiony. Co miał teraz zrobić? - Dlaczego tak długo pana nie było? – zapytał. - Pochowałem ich – powiedział – Chyba nie macie mi tego za złe? - Nie… Ja… Dziękuję. - Nie ma za co, chłopcze. Wróciły złe czasy. Trzeba się trzymać razem, by przeżyć. Nie było sensu niczym się zajmować. Dziewczyny pocieszały się wzajemnie w kącie. Xavier był załamany. Usiadł po prostu na krześle i siedział. Kingsley westchną i zaczął grzebać w skrzyni. Wyciągnął z niej kilka kocy i zaczął przygotowywać miejsce do spania. Xavier zarejestrował, ze kładzie się na łóżku. Nic więcej. Był obojętny. Chciał, żeby słowa siostry były prawdą. Że to sen i zaraz się z niego obudzi. Wszyscy będą cali i zdrowi. Kai znowu nazwie ich dziwakami, mama znów upiecze swój MEK, a ojciec pokaże mu kolejny zwód w Quidditchu. Ale to już nie miało się zdarzyć. Nigdy. Oni nie wrócą. Zginęli już na zawsze. W końcu zapadł w stan, przypominający sen na jawie. Przed oczami przewijały mu się wspomnienia. Te weselsze i te smutniejsze. Te lepsze i gorsze. Ale wszystkie, bez wyjątku, związane były z nimi. Z tymi, których miał już nie zobaczyć. Tonął w oceanie smutku i żalu, bez nadziei na jakikolwiek ratunek. Ocean był zupełnie pusty i spokojny. Ale zaraz, co bulgocze tam w oddali? Ach tak… Wyspa. Tam znajdzie spokój duszy i ratunek przed żalem, jaki go wypełniał. Tylko jak tam dopłynąć? Potrzebował pomocnej dłoni. I wtedy na to wpadł. Spojrzał na dziewczyny, leżące na drugim łóżku. To one były jego ratunkiem. Światełkiem w tunelu. Źródłem nadziei. Mógł żyć dla nich, wspierać je, pomagać im. I tak zrobi. Wreszcie zasnął. I mimo iż sen nie był ukojeniem dla jego ducha, to zamykał oczy z świadomością, że znalazł nowy cel. Obudził go śpiew ptaków. Taki był przynajmniej pierwszy zarejestrowany przez niego dźwięk. Nie otwierał oczu. Chciał się jeszcze chwilę połudzić, że to wszystko mu się tylko przyśniło. Nawet jeśli wiedział, że to tylko nieosiągalne pragnienie. Skupił się na dźwiękach. Oprócz świergotu ptaków, słyszał też i inne dźwięki. Jeden rozpoznał jako czyjeś chrapanie. To był chyba Kingsley. W ucho wpadło mu też dźwięk, wywoływany przez latającą muchę. Nic nie wskazywało na to, że na zewnątrz poplecznicy Voldemorta dokonywali kolejnego mordu, a cały czarodziejski świat drżał z grozy. Otworzył oczy. Panował półmrok. Wyglądało na to, że było jeszcze wcześnie. Xavier jednak jakoś nie miał ochoty spać. Spojrzał na Lily. Wyglądała tak… Spokojnie. Delikatnie. Pięknie… Otrząsnął się. Nie pora na to. Spojrzał z nów w sufit. - Śpisz, Xi? – usłyszał czyjś cichy głos. Siostra. - Nie – szepnął. - To tak jak ja. Znów nastała cisza, przerywana jedynie szumem liści i odgłosem wiatru. Odgłosy natury działały kojąco. Trzeba było się tylko wsłuchać, usłyszeć ten… - Xi? – przerwała jego proces myślenia Yvone. - Tak? - Co my teraz zrobimy? - Postaramy się przeżyć. Kingsley przewrócił się na drugi bok i przestał chrapać. Xavier zastanowił się przez krótką chwilę, czy wygodnie mu na tej drewnianej podłodze. Ale w końcu ułożył na nim taką stertę koców… - Xi? - Tak? - Jak myślisz, kiedy to się skończy? - Kiedyś musi… A tak właściwie, to czyj to domek? Ich rodziców? Jeśli tak, to nic o nim nie wiedzieli. Pierwszy raz tu był. A może to własność Kingsleya? To by wiele tłumaczyło. Zapadł w półdrzemkę. Przeleżał tak, aż słońce zaczęło mu świecić w oczy. Ta piękna pogoda, panująca na zewnątrz… W ogóle nie odzwierciedlała tego, co działo się wśród ludzi. Idylla była ułudna. Sam Merlin wie, ile okropnych rzeczy w dziejach czarodziejskiego świata wydarzyło się właśnie w takie piękne dni. Pierwszy i Drugi Bunt Goblinów, rozpoczęcie wojny z Gindewaldem, a z dawniejszych wydarzeń kilka dyktatur czy pojedynków z czarnoksiężnikami. Wydarzyły się i dobre, rzecz jasna. Tylko wszyscy jakoś pamiętają jedynie te złe. Z reguły właśnie straszne wydarzenia zapadają ludziom w pamięć. Nikt nie pamięta o tych radosnych. Taka jest po prostu natura człowieka. I nawet jeśli ekstremiści twierdzą, że czarodzieje to rasa wyższa, tak naprawdę nie różnią się oni od obdarzanych przez nich pogardą mugoli. Każdy może mieć magiczny dar. Każdy, nawet mugol czy jak kto woli nieczarodziej. Problem w tym, że nadal ciężko jest je wszystkie znaleźć. A nawet jeśli ich znajdą, to często spotykają się z niechęcią. Mugolak. Szlama. Tak słyszą na każdym kroku. Nie jest im łatwo. Nawet jeśli ich moc bywa większa od czarodziejów czystej krwi. A w drewnianej chatce z objęć Morfeusza wyrwał się wreszcie Kingsley. A może już? Xavier zerknął na zegar. Była dopiero godzina ósma. Był pewien, że leżał dłużej, myśląc o tych niewesołych sprawach. Ale to tylko kwestia perspektywy. - Dzień dobry wszystkim – przemówił swym głębokim barytonem Kingsley. Yvone odburknęła coś w odpowiedzi, a Lilka otworzyła oczy i usiadła gwałtownie na łóżku. Tylko Xavier zdołał wydobyć z siebie coś konstruktywnego. - Dobry – mruknął. Shacklebolt zmierzył ich spojrzeniem, po czym wzruszył ramionami i ruszył w kierunku stołu. Chyba doszedł do wniosku, że nie ma sensu z nimi rozmawiać. Xavier spojrzał za okno. Po niebie szybowały ptaki nieznanego gatunku. Klucz… Zaraz, klucz? Palnął się w czoło. Wciąż miał w kieszeni zmniejszony kufer! - Yvy, kufer! – wykrzyknął, aż Kingsley się obrócił. Wyciągnął z kieszeni skrzynię i machnął różdżką. Natychmiast zaczęła się powiększać. To samo zrobiła Yvone. Z drobną pomocą Lily, którą siłą wręcz zmusili do pracy, posortowali rzeczy na potrzebne i niepotrzebne. - Spróbujcie zaklęcia zwiększająco-zmniejszajacego – doradził im Kingsley, gdy głowili się, w co zapakować potrzebne rzeczy. - Faktycznie! – powiedział Xavier, chwytając się za czoło – Dzięki, nie wpadłbym na to. Mimo protestów Yvone, jedna z jej torebek została zaczarowana. Znów posortowali rzeczy, których teraz mogli wziąć nieco więcej. Na wszelki wypadek wzięli książki z ważnymi zaklęciami i podręcznik z eliksirów i zielarstwa. Yvone wpadła na mądry pomysł, by zapakować ubrania, a Lily wyszukiwała przydatne przedmioty ze stosu drobiazgów i drobiażdżków. Nie mieli tylko jedzenia, jeśli nie liczyć czekolady Xaviera i napoczętego opakowania Fasolek Wszystkich Smaków Bertiego Botta Yvone, które to wygrzebali z samego dna kufra. Jednogłośnie orzekli, że zostawią je na czarną godzinę. Co natomiast wyrzucili? Większość książek, szaty zarówno szkolne, jak i te do Quidditcha, oraz wiele innych drobiazgów. - Dzieciaki, spróbuję się czegoś dowiedzieć – powiedział Kingsley – Wy coś zjedzcie. Spojrzeli na niego jednocześnie. Wskazał ręką stół po czym teleportował się. Faktycznie, zostawił COŚ do jedzenia. Usiedli przy stole i zaczęli jeść. Dzień strasznie im się dłużył. Nie byli się w stanie skupić na niczym, nawet na rozmowie. Krążyli tylko ponuro po niewielkim domu, wpadając na siebie. Po którymś tam wpadnięciu na Yvone, Xavier usiadł po turecku w kącie. Starał się oczyścić umysł z wszystkich myśli, chociaż średnio mu się to udawało. O żadnej medytacji nie było mowy, więc kiedy wreszcie wrócił Kingsley, w niczym Xavierowi nie przerwał. Wręcz przeciwnie. - I co? – zapytał, podrywając się z ziemi. - Niezbyt dobrze. Wszystkie linie obrony padły – powiedział, opierając się o krzesło – Ministerstwo przejęli śmierciożercy. Nikt tak naprawdę nic nie wie. A najgorsze jest to, że rozsypuje się… - zerknął na nich szybko, po czym jakby doszedł do jakiegoś wniosku - …że rozsypuje się Zakon Feniksa. Wiedzieli o Zakonie. Ich ojciec w nim był. Znaczy, ojciec Xaviera i Yvone, rodzice Lily pracowali w wydawnictwie. Czarodziejskim, rzecz jasna. - I nic się nie da zrobić? – jęknęła Lilka – Co z aurorami? - Zabici, schwytani lub walczą. - A ja mam inne pytanie – wtrąciła się Yvone – Co się stało z Śmierciożercami, którzy napadli nasz dom? Było ich trzech, prawda? - Znalazłem ciała dwóch – powiedział powoli Shacklebolt, mierząc ją wzrokiem. Uniosła brwi. - Macie jeszcze jakieś pytania? – zapytał, nie spuszczając dziewczyny z oka. Pokręcili głowami. Klasnął w dłonie i powiedział: - Dobrze! Myślę, że jest tu bezpiecznie. Możemy tu zostać jakiś czas. Zgodzili się. Bo gdzie indziej mogliby pójść? Tutaj było przynajmniej w miarę spokojnie. Tydzień minął dość szybko, a wraz z nim pierwszy szok po śmierci bliskich. Nie oznacza to, że pogodzili się z ich śmiercią, po prostu zaczęli z tym żyć. Wraz z mijającymi dniami, ćwiczyli zaklęcia, grali w karty lub też po prostu rozmawiali, oczekując na powroty Kingsleya z prowiantem i informacjami. Wiele się jednak nie zmieniało: Nie wolno było im się gdziekolwiek oddalać. I stawało się to powoli męczące. Ale wytrzymywali. W końcu byli zgrana paczką w Hogwarcie. Dadzą sobie radę, jak zawsze. Lub przynajmniej taką będą mieli nadzieję. Bo nadzieja umiera ostatnia. Co prawda mówią też, że jest matką głupich. Jednak, jak można logicznie wywnioskować, głupi umierają ostatni. Więc warto jednak mieć nadzieję… Ale pokłady nadziei i cierpliwości nie są niewyczerpane. Szczególnie cierpliwości. A ta, przynajmniej u Yvone, pod koniec drugiego tygodnia wisiała na włosku. Ona nie potrafiła siedzieć w jednym miejscu. Można by było ja porównać do znicza. Malutka, złota piłeczka, pomykająca to tu, to tam, między czarodziejami na miotłach, słupkami, tłuczkami, a w szczególności umykająca przed szukającymi. Taka też była siostra Xaviera. Była wszędzie. Dosłownie. Sobie tylko znanymi skrótami przemieszczała się po Hogwarcie. Nawet Filch załamywał ręce, bo nie potrafił jej nigdy złapać. I mimo że jej żywotność bywała przydatna, teraz była nie do zniesienia. Zamknięci w chatce, byli zmuszani do ciągłej gry w karty, jedynej gry, która potrafiła niczym kotwica utrzymać Yvone w miejscu. Nie ważne, czy poker, czy oczko, tysiąc, makao, Eksplodujący Dureń czy jakakolwiek inna gra – Yvone znała wszystkie. I potrafiła ograć każdego. Xavier był jej zupełnym przeciwieństwem. Był statyczny. Spokojny. Nud… Nie, nie był nudny. Rozmowa z nim była swojego rodzaju wyzwaniem. Nie wiadomo było, co tak naprawdę myśli. Czy nie mówi o tobie czegoś niepochlebnego. Czy nie ironizuje. I nie był też leniwy. Na boisku przeistaczał się w prawdziwy huragan. Grał jak urodzony ścigający. A na lekcjach potrafił rzucić inteligentne spostrzeżenia, nie zachowując się jednak jak jakiś kujon. Wracając jednak do chatki… - Nie wytrzymam tu. Ani. Chwili. DŁUŻEJ! – wydarła się Yvone, rzucając trzymane w ręku karty wysoko w powietrze. - I gdzie pójdziemy? – zapytał Xavier. - Gdziekolwiek! - Na ulicach nie jest bezpiecznie – powiedział, zgodnie z prawdą. Przez ten cały czas robiło się coraz gorzej. Oczywiście, tylko niektórzy znali prawdę. Dla większości po prostu Ministerstwo zmieniło drastycznie swoje poglądy. Mugolaki zostały oskarżone o bezprawne pojęcie w posiadanie magii. Odbywały się ich przesłuchania. Czarodziejów przestano ostrzegać przed Voldemortem, a zaczęto przed Harrym Porterem. Sceneria jakby właśnie zaczynał się koniec świata. Może i tak właśnie było? - Słuchajcie, zwariujemy nic nie robiąc! – powiedział Yvone, wstając – Mam plan. Dopadniemy tego śmierciożercę, który zabił moich i Xaviera rodziców, a potem spróbujemy dowiedzieć się, kto zabił twoich. - Ale Kingsley nie chciał nic powiedzieć – odezwała się Lily – Nie mamy żadnego punktu zaczepienia. Nie mamy jak ich pomścić… Xavier przytulił ją. - To szaleństwo – mruknął. - Nie! To zemsta! – krzyknęła Yvone – Za zniszczenie naszego świata! - Nie podoba mi się to… - powiedział cicho - Ale jeśli zdecydujecie się odejść, pójdę z wami. - Nie tak szybko, braciszku, trzeba przydusić Kingsleya. Musimy mieć informacje. Przez chwile jeszcze rozważali, jak to rozegrać i jak przydusić Kingsleya, po czym skończyli temat. Yvone zebrała karty i znów zaczęły się powolne tortury, zwane też grą w makao… Powrót Kingsleya był dla Xaviera ratunkiem. Niczym anioł, zstępujący na ziemię, rozgonił zło. Zaraz, coś nie pasowało do wizerunku anioła. Zakrwawione ubranie. - Co się stało? – zapytała przerażona Lily – Jest pan ranny? - To nie moja krew – powiedział – Jeden ze śmierciożerców dostał klątwą, która miała trafić mnie i nieco zmienił swój wygląd. Ze starego niewiele pozostało. Ale to jest akurat nieważne. Chwycił krzesło i usiadł ciężko. - Mam pewną informację. Zarówno dobrą, jak i złą. To coś dla ciebie, Lily – skinął w jej kierunku głową – O twoich rodzicach. Byli w Ministerstwie w dniu, w którym się to wszystko zaczęło. Widziałem, jak ginął twój ojciec i jak matka rzuciła się na śmierciożercę. Byłem pewien że zginęła. Ale żyje. - Tak!? – wykrzyknęła radośnie Lilka – Żyje? - Tak. I to jest ta dobra wiadomość. Pora na złą. Spojrzeli na niego z uwagą. - Przetrzymują ją w Ministerstwie. Ma zostać stracona. Karty, które trzymała w ręku, zaczęły spadać swobodnie w dół. Joker. Dziewiątka pik. Król karo. Trójka trefl. Dama kier… - Stracona? – zapytała cichym, słabym głosem. - Niestety tak… Wybuchła płaczem. W jednej chwili dowiaduje się, że jej matka jednak żyje, by potem dowiedzieć się, że ma zostać zabita. Xavier przytulił ją i powiedział z mocą: - Odbijemy ją. Prawda, Kingsley?'

skmisia
Mistrz Mistrzów
Mistrz Mistrzów
Posty: 4734
Rejestracja: 19 sty 2010, 16:15

Postautor: skmisia » 23 sty 2011, 21:31

Jak możesz kończyć w takim momencie! Wiesz kim ty jesteś? Brutalem! Oczywiście na błędy nie patrzę, bo się nie znam. Tekst wciąga maksymalnie. Aż mną zaczęło trząść. Mam nadzieję, że odbiją mamę Lily. Byłoby miło.. ale znając Ciebie... nie wiem czego się spodziewać. Aż mi głupio, ale prawie się poryczałam na początku! Nigdy więcej takich smutnych opisów, bo zginę!

Popolupo
Mistrz Eliksirów
Mistrz Eliksirów
Posty: 869
Rejestracja: 26 gru 2009, 17:34

Postautor: Popolupo » 24 sty 2011, 19:22

Och, okropnie wciąga. Jestem pod ogromnym wrażeniem twojej weny. Oczywiście ja się nie znam na tych wszystkich błędach itepe, nawet jakoś nie zwracam na to szczególnej uwagi, ale mi się osobiście to bardzo podoba. Nie obraziłabym się gdyby było trochę więcej czegoś dobrego, rozumiesz mnie, prawda? xD Ale to twoja wena, więc nic sobie z tego nie rób. Życzę powodzenia w pisaniu dalszych rozdziałów! ;) I oczywiście czekam z niecierpliwością!Odbiją ją, prawda?

skmisia
Mistrz Mistrzów
Mistrz Mistrzów
Posty: 4734
Rejestracja: 19 sty 2010, 16:15

Postautor: skmisia » 24 sty 2011, 20:48

[quote:f31bcd9dd9="Popolupo"]Nie obraziłabym się gdyby było trochę więcej czegoś dobrego, rozumiesz mnie, prawda? xD Ale to twoja wena, więc nic sobie z tego nie rób. [/quote:f31bcd9dd9]To ja się podpisuje pod prośbą. Tyle, że mi Siri zepsuł czytanie, bo wiem po części co się stanie. A niech go!

Popolupo
Mistrz Eliksirów
Mistrz Eliksirów
Posty: 869
Rejestracja: 26 gru 2009, 17:34

Postautor: Popolupo » 24 sty 2011, 20:59

[quote:ab028e3107="skmisia"] Tyle, że mi Siri zepsuł czytanie, bo wiem po części co się stanie. A niech go![/quote:ab028e3107]No widzisz, dla mnie nie był taki miły :p

Syriusz
Dyrektor Hogwartu
Dyrektor Hogwartu
Posty: 1282
Rejestracja: 24 maja 2006, 14:12

Postautor: Syriusz » 24 sty 2011, 22:50

[quote:224ec09e19="Popolupo"]Nie obraziłabym się gdyby było trochę więcej czegoś dobrego, rozumiesz mnie, prawda?[/quote:224ec09e19]Zastanowię się XD[quote:224ec09e19="Popolupo"]Och, okropnie wciąga. Jestem pod ogromnym wrażeniem twojej weny.[/quote:224ec09e19]Tia, na innych forach mnie ZJE-CHA-LI.Oczekujcie, ze rozdziały mogą nieco zmienić swoją treść :P


Wróć do „Fan Fiction”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość